Miałam już nie pisać o tej katastrofie, o tym, że media zohydziły ludziom pamięć o ofiarach tego wypadku (i w ogóle o Smoleńsku).
Niestety w związku z aferą, jaka została wywołana po sekcji zwłok śp. Anny Walentynowicz Pani Marszałek musiała się wytłumaczyć mediom.
No i się wkopała...
Najpierw wkręcono ludziom (w tym i rodzinom ofiar), że nasi patolodzy współpracowali z Rosjanami na miejscu katastrofy.
Teraz to odwołano.
Jestem zażenowana.
Niektórzy z moich znajomych nie wierzą w wypadek.
Ja w wierzę w zaniedbanie ówczesnych władz przed katastrofą.
Ja wierzę też, że za to jak postąpiono z ofiarami, ich rodzinami osoby, które to zrobiły poniosą karę.
Jeśli nie w tym życiu to w następnym - zakładając że istnieje reinkarnacja.
Lub na Sądzie Ostatecznym (bez możliwości składania bezzasadnych apelacji - jak to teraz ma miejsce w ziemskim wymiarze "sprawiedliwości").
Tylko przykro słuchać, że znowu obywatele okazali się mniej ważni dla państwa.
Dla Matki.
Dla Ojczyzny.
Nawet jeśli ideologicznie wiele z ofiar odbiegało od moich poglądów to było mi żal ich śmierci.
^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^
A teraz mam wrażenie jakby znowu umarli.
I wszystko zacznie się na nowo.
czwartek, 27 września 2012
piątek, 7 września 2012
koniec misji?
Wielkie Medium Internetowe doniosło o problemach Telewizji Publicznej.
Konkretnie chodzi o finanse. Cóż...abonament mógłby być:
a) niższy
b) jeśli taki sam to sugeruję więcej TELETURNIEJÓW na poziomie "Wielkiej gry"
Oba postulaty są nierealne...Nie no punkt "b" móglby być bardziej realny do spełnienia. Nadal nie wiem co ludzi kręci w TVN. Bo w Polsacie to rozumiem,. A to meczyk siatkarzy a to jakieś rozgrywki kobietek i wszystko jest pięknie. Na poziomie.
A w TVN? Albo muszę oglądać lekcje nauki bezy, albo w "poranku tvn" słyszę dyrdymały rodem z XIX wieku (Feministki są winne temu, że w moim pokoju jest mhm nieporządek). A i żarty Kuźniara już tak mnie nie bawią. Szczerze mówiąc zmieniam kanał na każdy inny, który nie ma tych trzech literek w nazwie.
W sumie to każdy kanał oprócz TT (TvTrwam).
Wracając jednak do mediów publicznych...
Czy to koniec z Teleexpresem?
Czy to koniec z odważnymi wypowiedziami w "Pytaniu na śniadanie?"
Czy to koniec z kulturą w mediach?
Gdzie puszczają Teatr Telewizji? Nie każdego stać na wyjście do Teatru całą rodziną.
Czy to koniec misji edukacyjnej?
Czy to koniec filmów dokumentalnych o innych wyznaniach w Polsce?
Nie twierdzę, że TVP nie ma nic na sumieniu. Ma! I to sporo.
Nie puszcza jednak 1000 razy w roku Władcy Pierścieni czy równie dennych filmów o Potterze.
Puszcza POLSKIE dobre filmy z okresu powojnennego i epoki PRL.
No i reklamy nie przerywają filmu na około 20 minut.
A i dziennikarze są tacy bardziej przytomni. Podczas tych "PnŚ" czy "Kawy czy Herbaty?" nie przypominają non stop "jestem tu szefem i mówicie co każę i kiedy każę".
I na ogół czeka aż poprzednik zakończy myśl. Głęboką czy płytką? Redaktor czeka.
I nie przerywa nagle komuś, bo się czas przeznaczony skończył.
Mhm. W młodszych latach gdy jeszcze oglądałam "DDtvn" to średnio co 2 słowo gościa programu mi uciekało, choć skupiałam się z całych sił na rozmowie.
Później porównywałam z "PnŚ". Praktycznie żadne słowo mi nie uciekło.
A nie byłam nastawiona wtedy pozytywnie do Państwowej Telewizji.
TVP się bronić potrafi, ale ważne jest byśmy 60 lat TVP nie wyrzucali na śmietnik.
Niestety w dzisiejszych czasach ludzie mają gdzieś sentymenty.
Ludzie nie czują różnicy czy jedzą na talerzu "Made in China" czy "Zrobione w Polsce w Zakładach takich to a takich".
Globalizacja nas popsuła...
A my daliśmy się zapędzić na bagna i nie możemy z nich wyjść.
Ruszmy głową?
Konkretnie chodzi o finanse. Cóż...abonament mógłby być:
a) niższy
b) jeśli taki sam to sugeruję więcej TELETURNIEJÓW na poziomie "Wielkiej gry"
Oba postulaty są nierealne...Nie no punkt "b" móglby być bardziej realny do spełnienia. Nadal nie wiem co ludzi kręci w TVN. Bo w Polsacie to rozumiem,. A to meczyk siatkarzy a to jakieś rozgrywki kobietek i wszystko jest pięknie. Na poziomie.
A w TVN? Albo muszę oglądać lekcje nauki bezy, albo w "poranku tvn" słyszę dyrdymały rodem z XIX wieku (Feministki są winne temu, że w moim pokoju jest mhm nieporządek). A i żarty Kuźniara już tak mnie nie bawią. Szczerze mówiąc zmieniam kanał na każdy inny, który nie ma tych trzech literek w nazwie.
W sumie to każdy kanał oprócz TT (TvTrwam).
Wracając jednak do mediów publicznych...
Czy to koniec z Teleexpresem?
Czy to koniec z odważnymi wypowiedziami w "Pytaniu na śniadanie?"
Czy to koniec z kulturą w mediach?
Gdzie puszczają Teatr Telewizji? Nie każdego stać na wyjście do Teatru całą rodziną.
Czy to koniec misji edukacyjnej?
Czy to koniec filmów dokumentalnych o innych wyznaniach w Polsce?
Nie twierdzę, że TVP nie ma nic na sumieniu. Ma! I to sporo.
Nie puszcza jednak 1000 razy w roku Władcy Pierścieni czy równie dennych filmów o Potterze.
Puszcza POLSKIE dobre filmy z okresu powojnennego i epoki PRL.
No i reklamy nie przerywają filmu na około 20 minut.
A i dziennikarze są tacy bardziej przytomni. Podczas tych "PnŚ" czy "Kawy czy Herbaty?" nie przypominają non stop "jestem tu szefem i mówicie co każę i kiedy każę".
I na ogół czeka aż poprzednik zakończy myśl. Głęboką czy płytką? Redaktor czeka.
I nie przerywa nagle komuś, bo się czas przeznaczony skończył.
Mhm. W młodszych latach gdy jeszcze oglądałam "DDtvn" to średnio co 2 słowo gościa programu mi uciekało, choć skupiałam się z całych sił na rozmowie.
Później porównywałam z "PnŚ". Praktycznie żadne słowo mi nie uciekło.
A nie byłam nastawiona wtedy pozytywnie do Państwowej Telewizji.
TVP się bronić potrafi, ale ważne jest byśmy 60 lat TVP nie wyrzucali na śmietnik.
Niestety w dzisiejszych czasach ludzie mają gdzieś sentymenty.
Ludzie nie czują różnicy czy jedzą na talerzu "Made in China" czy "Zrobione w Polsce w Zakładach takich to a takich".
Globalizacja nas popsuła...
A my daliśmy się zapędzić na bagna i nie możemy z nich wyjść.
Ruszmy głową?
poniedziałek, 3 września 2012
Kot w worku? Krótka notka...
PIANO.
Po angielsku oznacza pianino. Tudzież fortepian.
W Polsce zaś "PIANO" staje się symbolem. No właśnie czego symbolem? Jakości?
Dla mnie PIANO jest symbolem ograniczania treści w internecie, cenzury dla biedniejszych użytkowników internetu*
Bo za informacje trzeba płacić**...Eh, internet ma to do siebie, że każdy może redagować co chce i jak chce...Spójrzmy na WIKIPEDIĘ. Kiedyś wyszydzany portal dziś powoli powoli staje się coraz bardziej rzetelnym źródłem wiedzy.
A nadal jest darmowa.
W przeciwieństwie do innych serwisów "wiedzy" typu onet...
W każdym razie nakłanianie ludzi do "zdobywania" wiedzy przez PIANO może się szybko skończyć. Skończyć źle dla tych, co się zakuli w te kajdany "jakości". Chciałam sprawdzić wiadomość nt limitów w służbie zdrowia w mieście X.
Nie ma szans.
Szkoda, bo oszczędziłoby to pieniędzy i nerwów ludzi szukających wizyty u specjalisty na tzw. NFZ w jak najkrótszym terminie. Albo wkrótce zakluczy się informacje o korkach czy zmianach tras autobusów?
Na szczęscie istnieje jeszcze strona przewoźnika.
Z drugiej zaś strony...
Ilekroć zdarza mi się rzucić okiem na artykuły "z wyższych półek" to robi mi się słabo. Od literówek po zjadane słowa. Często w niektórych artykułach brakuje orzeczenia - które jest kluczowe w zdaniu. Człowiek inteligentny na ogół się domyśli "co autor" mógł mieć na myśli. Zaburza to jednak odbiór całości...
Co będzie jeśli wykupię to całe PIANO?
I nie będę zadowolona? Dane o mnie pójdą w świat***.
Kupię kota w worku.
Podobnie może być przy kupnie biletu na film..
Tylko, że jest się bardziej anonimowym w kinie...
I nawet jak się nie spodoba nam ekranizacja tej czy innej książki to możemy wyjść z kina a pracownicy nas nie skojarzą.
Efekt niby podobny. Tu kot w worku, tam kot w worku.
Jednak mała różnica jest.
PS. WNIOSEK?
Wracam na łono gazet "papierowych".
Przynajmniej przydadzą mi się przy rozmrażaniu lodówki jako izolacja dla mrożonek.
Wracam na łono gazet "papierowych".
Przynajmniej przydadzą mi się przy rozmrażaniu lodówki jako izolacja dla mrożonek.
*tak, wiem, że rejestracja jest darmowa
** w końcu się zacznie płacić od słowa jak w wypadku telegramu - Polak na wszystkim zbije kokosy
*** wiem, że nie ma anonimowości w internecie, ale nie potrzeba być "wszędzie"
poniedziałek, 20 sierpnia 2012
Nauczyciel...
Zbliża się szkoła. Już pierwszego dnia miesiąca września do szkół zawitają nowi adepci nauk wszelakich.
Sześciolatki będą poznawać literki (jeśli nie nauczono ich w domu i w przedszkolu), cyferki i wierszyki.
Ich starsi koledzy będą musieli odświeżać sobie wiedzę, która zgodnie z obyczajem "wywietrzała" w czasie letniego odpoczynku.
A nauczyciele jak zwykle będą narzekać na zgryzotę i ciężki los, jaki mają.
Kim był dla mnie nauczyciel kiedyś?
Przewodnikiem, guru, czasem istotą niedofinansowaną przez państwo.
No właśnie, przewodnik. Moi nauczyciele z podstawówki bardzo się starali wbić mi (i moim kolegom też) do głowy pewne zasady zachowania. Próbowali też wychować nas "kulturowo". Liczne wypady do teatru, ciekawe wycieczki miały w nas, młodych zaszczepić chęć poszerzania swoich horyzontów.
Później dzieci poszły do gimnazjum i liceum. I skończyła się era wychowania.
Zaczął się proces "wlewania oleju do głów". Różnie to wychodziło.
Mam takie dziwne wrażenie, że nauczyciele z doświadczeniem przez duże "d" mieli większy wpływ na moją osobę niż młokosy po studiach (lub mających dopiero 2-3 lata pracy zawodowej).
Było minęło, poszłam dalej.
Niemniej jednak dziwią mnie lamenty nauczycieli jak im to źle pracować za 2,5 tyś (czasem mniej, czasem więcej pieniążków spływa). Jeśli ktoś się nie nadaje na PEDAGOGA to niech lepiej nie idzie nauczać. Bo pedagog ma nie tylko wyłożyć swoją dziedzinę przed maluczkimi, ale też ich umiejętnie pokierować. Niestety szkoła może zniechęcić największych idealistów chcących być jak Siłaczka (pod względem wychowawczo-wykładowczym). Większość nauczycieli przybiera postawę jej przeciwnika.
Roszczenia. Roszczenia. Roszczenia.
Rozmawiałam ostatnio z córką Znajomej. Dziecko narzekało, że po teście diagnostycznym z Królowej Nauk można było się załamać. Nauczycielka bowiem poświęcała czas swojemu pupilkowi a resztę miała gdzieś. Dzieci są w wieku około gimnazjalnym.
Potem się dziwić, że dzieciaki zawalają testy*. W końcu ktoś ich konstytucyjnego prawa do zdobycia wiedzy pozbawił. I to gdzie? W miejscu realizacji tegoż obowiązku. Przecież dzieci są zawsze takie same. Leniwe, choć często mądre...Dobra, komu ja ściemniam? Ja powoli nabieram przekonania, że kolejne roczniki są coraz głupsze.
Na pewno mój rocznik jest głupszy od poprzedniego. A roczniki późniejsze są durniejsze niż mój. I tak dalej i tak dalej.
Ad rem.
Nie wiem skąd mogą się brać problemy z matematyką w podstawówce. Tym bardziej, że jak doniosła mi koleżanka, w podstawówce nie ma procentów.
No hello, to w takim razie z czym tu można mieć problemy?
Moja wychowawczyni z podstawówki jakoś nigdy nie narzekała podczas rozmów z rodzicami na swoje obowiązki. Raczej na nas, że się nie uczymy. (norma, młodziutcy nastolatkowie wolą pykać w gry i siedzieć na dworze niż zgłębiać arkana mowy ojczystej). Mimo tej całej biurokratycznej "farsy" brała nas na wycieczki. Tyle ile ja się nachodziłam w podstawówce...Sprzątanie świata, wycieczki do W. (nie, nie do Warszawy), chodzenie do lasu.
O wypadach do teatru i kin nie wspomnę...A do tego ciekawe i fajne wycieczki.
W podstawówce co roku bywałam w innym miejscu.
Do tego obozy z inną Panią. W czasie JEJ wakacji! Które mogła spędzić z rodziną...To się nazywa nauczyciel z misją.
W gimnazjum i liceum nie było czasu. Na nic. Pal licho. Było minęło. Wiem, powtarzam się.
Jak to możliwe, że moi nauczyciele zawsze z nami rozmawiali. Nawet klasa uznała, że Plastyczka powinna nas uczyć oprócz Plastyki naszego "ulubionego" przedmiotu zwanego: Wychowanie do życia w rodzinie. Po prostu miała lepsze podejście do nas. I wypadała lepiej niż wykładający ten przedmiot. No, ale to był przedmiot nadobowiązkowy, więc nie traktowaliśmy go poważnie. Tak jak i religii.
Nigdy żaden belfer przy uczniu nie skarżył się na swój los. No dobra, paru marudziło, ale pretensja nigdy nie była skierowana do nas jako uczniów (czyt. piszących klasówki odwrotnie niż oni by oczekiwali).
Raczej marudzili na dyrekcję.
Skąd te pretensje o pensję? Jeśli pracodawca płaci (w normalnej firmie nastawionej na wyniki i jako taki zysk) to oczekuje, że pracownik da z siebie wszystko. A jak jest w szkolnictwie? Dlaczego ilekroć wchodzę na różne strony, fora internetowe roi się tam od byków? Dlaczego na forach Onetu, WP, Interii wypowiedzi często nie mają ładu i składu?
Gdzie poloniści?
Ostatnio zaczytuję się w pewnym opowiadaniu. Właściwie nie tyle w opowiadaniu, co w analizach i komentarzach mieszczących się pod wyżej wymienionym "dziełem".
Wymaga się od dzieci, by pisały jak najlepiej i zarazem pod klucz. No to piszą.
A jak coś źle zrobią (czyt. używają mózgu do myślenia lub im się zapomni mało ważnej kropeczki) to zaraz tracą punkty na sprawdzianie zewnętrznym. Tylko gdzie tu sprawiedliwość. Wiele artykułów prasowych "znakomitych" dziennikarzy o pensjach niewyobrażalnych są pełne błędów stylistycznych.
Czasem popularna literówka złoży wizytę w takim tekście. A jednak nikt nie karze tych "twórców". Ba! Niektórzy załączają się do systemu PIANO. I twierdzą, że za ich krwawicę ludzie będą płacić. Pff...
Gdzie ich poloniści? Albo się wstydzą albo przewracają w grobach.
A politycy? Toż to woła o pomstę do nieba. Nie dość, że sami mają nikły talent pedagogiczny, to jeszcze sieją zarazę zwaną "mówta, co cheta, kasę i tak mata".
I ciągle mieszają w edukacji. I mieszają. W końcu durnym narodem łatwiej manipulować, nieprawdaż? A przed wyborami podlizują się nauczycielom, by ich pozyskać. Tylko co z resztą ludzi? Z resztą Polaków? Z tymi, którzy nie wybrali tej szlachetnej/przeklętej profesji.
Sugeruję aby pedagodzy z prawdziwego zdarzenia się wzięli i wykopali miernoty ze swojego środowiska.
Trzeba odbudować społeczeństwo.
Jak zrobili to nauczyciele we wczesnym PRL-u.
Mieli po 45-50 uczniów w klasie, a jakoś funkcjonowali.
Mieli tylko tablicę, kredę i swój głos.
I jakoś nie było "koronacji" na właściciela śmieci. Nie było aż tylu rozbojów w szkołach. Dlaczego?
Sześciolatki będą poznawać literki (jeśli nie nauczono ich w domu i w przedszkolu), cyferki i wierszyki.
Ich starsi koledzy będą musieli odświeżać sobie wiedzę, która zgodnie z obyczajem "wywietrzała" w czasie letniego odpoczynku.
A nauczyciele jak zwykle będą narzekać na zgryzotę i ciężki los, jaki mają.
Kim był dla mnie nauczyciel kiedyś?
Przewodnikiem, guru, czasem istotą niedofinansowaną przez państwo.
No właśnie, przewodnik. Moi nauczyciele z podstawówki bardzo się starali wbić mi (i moim kolegom też) do głowy pewne zasady zachowania. Próbowali też wychować nas "kulturowo". Liczne wypady do teatru, ciekawe wycieczki miały w nas, młodych zaszczepić chęć poszerzania swoich horyzontów.
Później dzieci poszły do gimnazjum i liceum. I skończyła się era wychowania.
Zaczął się proces "wlewania oleju do głów". Różnie to wychodziło.
Mam takie dziwne wrażenie, że nauczyciele z doświadczeniem przez duże "d" mieli większy wpływ na moją osobę niż młokosy po studiach (lub mających dopiero 2-3 lata pracy zawodowej).
Było minęło, poszłam dalej.
Niemniej jednak dziwią mnie lamenty nauczycieli jak im to źle pracować za 2,5 tyś (czasem mniej, czasem więcej pieniążków spływa). Jeśli ktoś się nie nadaje na PEDAGOGA to niech lepiej nie idzie nauczać. Bo pedagog ma nie tylko wyłożyć swoją dziedzinę przed maluczkimi, ale też ich umiejętnie pokierować. Niestety szkoła może zniechęcić największych idealistów chcących być jak Siłaczka (pod względem wychowawczo-wykładowczym). Większość nauczycieli przybiera postawę jej przeciwnika.
Roszczenia. Roszczenia. Roszczenia.
Rozmawiałam ostatnio z córką Znajomej. Dziecko narzekało, że po teście diagnostycznym z Królowej Nauk można było się załamać. Nauczycielka bowiem poświęcała czas swojemu pupilkowi a resztę miała gdzieś. Dzieci są w wieku około gimnazjalnym.
Potem się dziwić, że dzieciaki zawalają testy*. W końcu ktoś ich konstytucyjnego prawa do zdobycia wiedzy pozbawił. I to gdzie? W miejscu realizacji tegoż obowiązku. Przecież dzieci są zawsze takie same. Leniwe, choć często mądre...Dobra, komu ja ściemniam? Ja powoli nabieram przekonania, że kolejne roczniki są coraz głupsze.
Na pewno mój rocznik jest głupszy od poprzedniego. A roczniki późniejsze są durniejsze niż mój. I tak dalej i tak dalej.
Ad rem.
Nie wiem skąd mogą się brać problemy z matematyką w podstawówce. Tym bardziej, że jak doniosła mi koleżanka, w podstawówce nie ma procentów.
No hello, to w takim razie z czym tu można mieć problemy?
Moja wychowawczyni z podstawówki jakoś nigdy nie narzekała podczas rozmów z rodzicami na swoje obowiązki. Raczej na nas, że się nie uczymy. (norma, młodziutcy nastolatkowie wolą pykać w gry i siedzieć na dworze niż zgłębiać arkana mowy ojczystej). Mimo tej całej biurokratycznej "farsy" brała nas na wycieczki. Tyle ile ja się nachodziłam w podstawówce...Sprzątanie świata, wycieczki do W. (nie, nie do Warszawy), chodzenie do lasu.
O wypadach do teatru i kin nie wspomnę...A do tego ciekawe i fajne wycieczki.
W podstawówce co roku bywałam w innym miejscu.
Do tego obozy z inną Panią. W czasie JEJ wakacji! Które mogła spędzić z rodziną...To się nazywa nauczyciel z misją.
W gimnazjum i liceum nie było czasu. Na nic. Pal licho. Było minęło. Wiem, powtarzam się.
Jak to możliwe, że moi nauczyciele zawsze z nami rozmawiali. Nawet klasa uznała, że Plastyczka powinna nas uczyć oprócz Plastyki naszego "ulubionego" przedmiotu zwanego: Wychowanie do życia w rodzinie. Po prostu miała lepsze podejście do nas. I wypadała lepiej niż wykładający ten przedmiot. No, ale to był przedmiot nadobowiązkowy, więc nie traktowaliśmy go poważnie. Tak jak i religii.
Nigdy żaden belfer przy uczniu nie skarżył się na swój los. No dobra, paru marudziło, ale pretensja nigdy nie była skierowana do nas jako uczniów (czyt. piszących klasówki odwrotnie niż oni by oczekiwali).
Raczej marudzili na dyrekcję.
Skąd te pretensje o pensję? Jeśli pracodawca płaci (w normalnej firmie nastawionej na wyniki i jako taki zysk) to oczekuje, że pracownik da z siebie wszystko. A jak jest w szkolnictwie? Dlaczego ilekroć wchodzę na różne strony, fora internetowe roi się tam od byków? Dlaczego na forach Onetu, WP, Interii wypowiedzi często nie mają ładu i składu?
Gdzie poloniści?
Ostatnio zaczytuję się w pewnym opowiadaniu. Właściwie nie tyle w opowiadaniu, co w analizach i komentarzach mieszczących się pod wyżej wymienionym "dziełem".
Wymaga się od dzieci, by pisały jak najlepiej i zarazem pod klucz. No to piszą.
A jak coś źle zrobią (czyt. używają mózgu do myślenia lub im się zapomni mało ważnej kropeczki) to zaraz tracą punkty na sprawdzianie zewnętrznym. Tylko gdzie tu sprawiedliwość. Wiele artykułów prasowych "znakomitych" dziennikarzy o pensjach niewyobrażalnych są pełne błędów stylistycznych.
Czasem popularna literówka złoży wizytę w takim tekście. A jednak nikt nie karze tych "twórców". Ba! Niektórzy załączają się do systemu PIANO. I twierdzą, że za ich krwawicę ludzie będą płacić. Pff...
Gdzie ich poloniści? Albo się wstydzą albo przewracają w grobach.
A politycy? Toż to woła o pomstę do nieba. Nie dość, że sami mają nikły talent pedagogiczny, to jeszcze sieją zarazę zwaną "mówta, co cheta, kasę i tak mata".
I ciągle mieszają w edukacji. I mieszają. W końcu durnym narodem łatwiej manipulować, nieprawdaż? A przed wyborami podlizują się nauczycielom, by ich pozyskać. Tylko co z resztą ludzi? Z resztą Polaków? Z tymi, którzy nie wybrali tej szlachetnej/przeklętej profesji.
Sugeruję aby pedagodzy z prawdziwego zdarzenia się wzięli i wykopali miernoty ze swojego środowiska.
Trzeba odbudować społeczeństwo.
Jak zrobili to nauczyciele we wczesnym PRL-u.
Mieli po 45-50 uczniów w klasie, a jakoś funkcjonowali.
Mieli tylko tablicę, kredę i swój głos.
I jakoś nie było "koronacji" na właściciela śmieci. Nie było aż tylu rozbojów w szkołach. Dlaczego?
środa, 8 sierpnia 2012
Rowerzyści...
Zapewne każdy z was miał do czynienia z rowerzystą. To człowiek jadący na rowerze. Najczęściej używa chodnika, choć zdarza mu się używać też ulic. Rowerzyści marudzą, że nie mają gdzie jeździć, że ścieżek rowerowych nie ma.
Cywilizacja w Polsce się objawiła i ścieżki jak najbardziej są.
Tylko ruch rowerowy polega na tym, że jedną stroną ścieżki jadą ludzie na (na północ a drugą na południe /lub na wschód i na zachód - zależy w jakim kierunku idzie jezdnia/.Niestety wielu rowerzystów jedzie jeden obok drugiego zapychając też chodnik przy okazji.
A to wszystko wina jednej małej ustawy.
Sugeruję dorzucić nowelkę.
Każdy rower ma mieć numery rejestracyjne.
Może to chore, ale mam dosyć bycia dźganą przez kierownicę szalonych 50 latek na rowerze.
Ile można mieć siniaki?
Sytuacja 1:
idę CHODNIKIEM, gdzie nie ma ścieżki rowerowej (zaczyna się za około 500 m- obok niej chodnik). Mam ciężkie zakupy. Słyszę że coś jedzie więc uskakuję na bok. I to był błąd, bo dostaję z kierownicy w rękę. Nie jestem jakąś kruszynką, ale boli mnie uderzenie. W dodatku jędza wrzeszczy, że jak ja chodzę. Na co ja: pani nie prawa tu być, to jest chodnik (a głos mam donosny) a potem po cichu: a żebyś spadła z tego roweru.
Sytuacja2: Idę sobie z X chodnikiem, to samo miejsce. Znów mijanka. Tym razem rowerzysta tylko kręci głową. Ja nie rozumiem dlaczego jego mina przypomina kota na pustyni w osobliwej sytuacji, bo ludzie są na chodniku, a on sobie bezkarnie jedzie.
Sytuacja 3: Dziś idę sobie chodnikiem z osobą Y. Słyszę dzwonek. Mówię do niej: zejdź, bo cię przejedzie (to samo miejsce co w sytuacji nr1 i nr2). Y schodzi, ale łapie spojrzenie starszej pani po 50 tce (dobra, Y jest starsza), które wykazuje dezaprobatę.
Sytuacja4: Stoję z Y na przystanku i nagle czuję, że Y przyciąga mnie do siebie a obok mnie miga sylwetka rowerzysty...
Miejsce ...inne.
Wczoraj zaś byłam świadkiem odwrotnej sytuacji (idę sobie chodnikiem bez ścieżki rowerowej).
Tym razem po całym chodniku i ścieżce szły dzieci z kolonii.
Ja wiem, że pas graniczny się wytarł, ale gdzieniegdzie widać znak roweru. Nadjechali rowerzyści i towrzystwo wróciło na właściwy tor.
\Później wchodząc już na dwupasmówkę (chodnik + ścieżka) minełam rodzinę idącą po ścieżce.
Posłałam im spojrzenie pełne politowania i pogardy.
Z kolei kiedyś jadąc na rowerze po ścieżce rowerowej kusiło mnie utrącenie faceta, który szedł po moim terenie.
Jednak bardzo się bałam o rower i skończyło się na dość głośnym odchrząknięciu, które przypomniało człowieczkowi gdzie polazł i że ma spylać z mojego teryrotrium. Na chwilę zszedł łaskawie bym mogła przejechać.
Rowerzyści: ogarnijcie się. Jesteście gościem na chodniku.
Więc szanujcie gospodarzy.
A najlepiej niech was oznakują...
Wystarczy, że piesi muszą użerać się z kierowcami parkującymi gdzie popadnie.
Piesi: Chodnik to chodnik. Tam się chodzi. Jeśli nie chcecie by szaleńcy na rowerach was mijali a wręcz "bili" kierownicami to nie łaźcie po ścieżkach rowerowych (chyba, że jest sama ścieżka a chodnika brak).
Z kierowcą auta możecie wygrać w sądzie.
Z rowerzystą?
Chyba w snach.
Cywilizacja w Polsce się objawiła i ścieżki jak najbardziej są.
Tylko ruch rowerowy polega na tym, że jedną stroną ścieżki jadą ludzie na (na północ a drugą na południe /lub na wschód i na zachód - zależy w jakim kierunku idzie jezdnia/.Niestety wielu rowerzystów jedzie jeden obok drugiego zapychając też chodnik przy okazji.
A to wszystko wina jednej małej ustawy.
Sugeruję dorzucić nowelkę.
Każdy rower ma mieć numery rejestracyjne.
Może to chore, ale mam dosyć bycia dźganą przez kierownicę szalonych 50 latek na rowerze.
Ile można mieć siniaki?
Sytuacja 1:
idę CHODNIKIEM, gdzie nie ma ścieżki rowerowej (zaczyna się za około 500 m- obok niej chodnik). Mam ciężkie zakupy. Słyszę że coś jedzie więc uskakuję na bok. I to był błąd, bo dostaję z kierownicy w rękę. Nie jestem jakąś kruszynką, ale boli mnie uderzenie. W dodatku jędza wrzeszczy, że jak ja chodzę. Na co ja: pani nie prawa tu być, to jest chodnik (a głos mam donosny) a potem po cichu: a żebyś spadła z tego roweru.
Sytuacja2: Idę sobie z X chodnikiem, to samo miejsce. Znów mijanka. Tym razem rowerzysta tylko kręci głową. Ja nie rozumiem dlaczego jego mina przypomina kota na pustyni w osobliwej sytuacji, bo ludzie są na chodniku, a on sobie bezkarnie jedzie.
Sytuacja 3: Dziś idę sobie chodnikiem z osobą Y. Słyszę dzwonek. Mówię do niej: zejdź, bo cię przejedzie (to samo miejsce co w sytuacji nr1 i nr2). Y schodzi, ale łapie spojrzenie starszej pani po 50 tce (dobra, Y jest starsza), które wykazuje dezaprobatę.
Sytuacja4: Stoję z Y na przystanku i nagle czuję, że Y przyciąga mnie do siebie a obok mnie miga sylwetka rowerzysty...
Miejsce ...inne.
Wczoraj zaś byłam świadkiem odwrotnej sytuacji (idę sobie chodnikiem bez ścieżki rowerowej).
Tym razem po całym chodniku i ścieżce szły dzieci z kolonii.
Ja wiem, że pas graniczny się wytarł, ale gdzieniegdzie widać znak roweru. Nadjechali rowerzyści i towrzystwo wróciło na właściwy tor.
\Później wchodząc już na dwupasmówkę (chodnik + ścieżka) minełam rodzinę idącą po ścieżce.
Posłałam im spojrzenie pełne politowania i pogardy.
Z kolei kiedyś jadąc na rowerze po ścieżce rowerowej kusiło mnie utrącenie faceta, który szedł po moim terenie.
Jednak bardzo się bałam o rower i skończyło się na dość głośnym odchrząknięciu, które przypomniało człowieczkowi gdzie polazł i że ma spylać z mojego teryrotrium. Na chwilę zszedł łaskawie bym mogła przejechać.
Rowerzyści: ogarnijcie się. Jesteście gościem na chodniku.
Więc szanujcie gospodarzy.
A najlepiej niech was oznakują...
Wystarczy, że piesi muszą użerać się z kierowcami parkującymi gdzie popadnie.
Piesi: Chodnik to chodnik. Tam się chodzi. Jeśli nie chcecie by szaleńcy na rowerach was mijali a wręcz "bili" kierownicami to nie łaźcie po ścieżkach rowerowych (chyba, że jest sama ścieżka a chodnika brak).
Z kierowcą auta możecie wygrać w sądzie.
Z rowerzystą?
Chyba w snach.
Subskrybuj:
Posty (Atom)